Strona główna » „Dziennikarz, który wiedział za dużo” oraz “Łowcy skór” doczekają się ekranizacji
Ciekawostki Polecenia Reportaże

„Dziennikarz, który wiedział za dużo” oraz “Łowcy skór” doczekają się ekranizacji

Dwa niezwykle wstrząsające reportaże Wydawnictwa Otwartego, które jest częścią Grupy Wydawniczej Znak, zostaną przeniesione na ekran. “Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?” Jakuba Stachowiaka i Łukasza Cieśli oraz “Łowcy skór. Tajemnice zbrodni w łódzkim pogotowiu” Tomasza Patory to książki, do których prawa ekranizacji nabyła firma producencka Fremantle Polska. Oba te reportaże to z pewnością historie, które warto poznać.

Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?

Dziennikarz, który wiedział za dużo

Jarosław Ziętara był polskim dziennikarzem, który 1 września 1992 roku zaginął w drodze do pracy. Zniknął i do dziś nie ma po tym zaginięciu śladu. Jarosław Ziętara miał wówczas 24 lata. Przyjaciele określali go jako niezwykle poważnego jak na swój wiek, który “miał ciągoty do poważniejszych, analitycznych materiałów”. Nic więc dziwnego, że zaraz po studiach zajął się dziennikarstwem śledczym. W momencie porwania pracował dla “Gazety Poznańskiej” i – jak możemy się domyślać – wiedział coś, o czym wiedzieć nie miał. Na jego symbolicznym grobie widnieje napis: “Zginął, bo był dziennikarzem”.

Śledztwo w sprawie Jarosława Ziętary zostało umorzone w 1999 roku, po ustaleniu jedynie tego, że Ziętara został uprowadzony i zamordowany. Nadal nieznane są jednak szczegóły sprawy – sprawcy, dokładne motywy, a także przebieg porwania i mordu. Zwłok Jarosława Ziętary nigdy nie odnaleziono. Śledztwo zostało jednak wznowione w 2012 roku, ale tym razem powodem było nie zaginięcie, a morderstwo. Choć w 2014 roku zatrzymano byłego senatora Aleksandra Gawronika pod zarzutem podżegania do zabójstwa Jarosława Ziętary, to w roku 2022 sąd wydał wyrok uniewinniający. Sprawa zniknięcia Ziętary do dziś pozostaje niewyjaśniona.

Autorzy książki “Dziennikarz, który wiedział za dużo”, Łukasz Cieśla i Jakub Stachowiak, nie pozostają obojętni wobec tej nierozwiązanej zagadki. Sprzedaż praw do ekranizacji książki Cieśla skomentował:

Liczę na to, że nasza książka i powstający na jej podstawie materiał filmowy o kulisach zniknięcia Jarka Ziętary, doprowadzą do wznowienia śledztwa przez prokuraturę. W sprawie wciąż są przecież niewiadome, które przez 31 lat nie doczekały się wyjaśnienia ze strony naszego wymiaru sprawiedliwości.

Drugi z autorów, Jakub Stachowiak, również wyraził nadzieję, że sprawa jednak doczeka się wyjaśnienia:

To bardzo dobra wiadomość. Przede wszystkim dla sprawy Jarka Ziętary. Nie chce się wierzyć, że przez ponad 30 lat nie udało się wyjaśnić zagadki zaginięcia dziennikarza. Ekranizacja może sprawić, że ta historia nie zostanie zapomniana, a wierzę bardzo w to, że w końcu znajdzie swoje wyjaśnienie. Że winni porwania i zabójstwa dziennikarza zostaną złapani i osądzeni. Trzeba się spieszyć, bo do przedawnienia sprawy zostało tylko dziewięć lat.

Podejrzenia dotyczące zaginięcia i zabicia Ziętary są bardzo skomplikowane i dotyczą kwestii politycznych ówczesnej Polski, a postacie pojawiające się w tej sprawie nie pozostają bez znaczenia dla najnowszej historii naszego kraju. Warto więc zapoznać się z reportażem “Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginął”, który znajdziecie tutaj.

Łowcy skór. Tajemnice zbrodni w łódzkim pogotowiu

Łowcy skór

Autorem książki jest Tomasz Patora – dziennikarz, który pracował dla “Gazety Wyborczej”, gdy do redakcji przyszedł anonimowy list, którego treścią było poważne oskarżenie. “Zestawienie zakładów pogrzebowych, które za łapówki przejęły prosektoria w łódzkich szpitalach…”. Tu wypisana była długa lista szpitali, nazwisk oraz zakładów pogrzebowych uczestniczących w nielegalnej współpracy.

Był to 2002 rok. W wyniku śledztwa okazało się, że pracownicy łódzkiego pogotowia dopuszczają do śmierci pacjentów, albo nawet mordują ich dla pieniędzy. Na czym polegał cały proces? Poinformowany o krytycznej sytuacji albo śmierci dyspozytor, zanim wypuścił do potrzebującego karetkę pogotowia, informował o śmierci (czasem odnosiło się to do osób jeszcze żyjących) dany zakład pogrzebowy, który za tę informację płacił około 2000 złotych. Nieraz zdarzało się, że na miejsce wypadku przedstawiciele zakładu pogrzebowego docierali przed pogotowiem.

Jeśli dziennie w Łodzi umierało kilkanaście osób, dyspozytor informujący zakład pogrzebowy mógł dziennie zarobić kilkanaście albo kilkadziesiąt tysięcy. Nie zostawiał jednak wszystkiego dla siebie – musiał podzielić się pieniędzmi z pozostałymi zamieszanymi w to osobami. Mowa o kierowcach karetek, sanitariuszach, ratownikach i lekarzach. Działali w różnych formach. Niektórzy zabierali pacjenta i celowo wybierali dłuższą trasę albo jechali na tyle wolno, aby chory umarł w drodze do szpitala (gdzie na rodzinę chorego czekali przedstawiciele zakładu pogrzebowego). Inni natomiast – jak sami to określali – pomagali swoim pacjentom łagodniej i szybciej umrzeć. W tym celu wstrzykiwali choremu Pavulon. Jest to lek zwiotczający, który w odpowiedniej dawce może doprowadzić do zawału serca, a w dodatku już po kilku godzinach nie ma po nim śladu w organizmie – właśnie to przez tak długi czas utrzymywało spisek w tajemnicy. Sekcje zwłok nie wykazywały bowiem nic, poza zwyczajnym zawałem.

Szczególnie okrutny wydaje się przypadek pacjentki, która nie była śmiertelnie chora – miała tylko wysypkę i z pogotowia była przewożona karetką do szpitala na oddział dermatologiczny jedynie na kilka dni obserwacji. W czasie tej podróży ratownik podał kobiecie wspomniany lek zwiotczający, a gdy karetka dojechała na miejsce, pacjentka już nie żyła. Dziś w karetkach pogotowia nie trzyma się już Pavulonu – fachowcy zgodnie przyznają, że nie jest (i tak naprawdę nigdy nie był) on tam potrzebny. Pracujący w zawodzie ratownik medyczny przyznaje, że w ciągu całej swojej kariery zawodowej jedynie raz w życiu zdarzyło mu się, że sytuacja w karetce wymagała użycia tego środka. A jednak w latach 1998-2002 zużyto ponad 1250 ampułek Pavulonu. Należy jednak pamiętać, że tych szokujących morderstw dokonywano również innymi metodami. W dzień rozpoczęcia procesu osób zaangażowanych w spisek, sędzia miał powiedzieć, że sprawa ta jest wyrazem prawdziwego upadku moralnego ludzkości, bowiem “przeliczano człowieka na skóry, a skóry na pieniądze”.

Warto może również wspomnieć, że na podstawie reportażu powstały już dwa filmy. Jeden fabularny, wyreżyserowany przez Rafała Lipkę w 2003 roku (a więc zaledwie rok po ujawnieniu całej sprawy) oraz szwedzki dokument “Necrobusiness” z 2008 roku. Mimo wszystko chyba najlepiej poznać tę historię z pierwszej ręki – zachęcam więc do przeczytania książki Tomasza Patory “Łowcy skór. Tajemnice zbrodni w łódzkim pogotowiu”, którą znajdziecie tutaj.

Maria

“U mnie jest blisko z serca do papieru” - napisała Agnieszka Osiecka, a ja, jako jej wierna i oddana fanka, powtarzam te słowa za nią. Jestem miłośniczką słów i wszelkiego rodzaju konstelacji, które mogą z nich powstać. Studiując filmoznawstwo przekonałam się, że nie tylko sama sztuka jest czymś fascynującym, ale również - jeśli nie bardziej – nauka o niej. Spośród wszelkiego typu literatury najbardziej fascynuje mnie jej teoria, a zaraz potem filozofia i poezja. Mając trzynaście lat zapisałam w swoim pamiętniku: “wiem jedno, jestem uzależniona od pisania”. Nic w tej kwestii się nie zmieniło. Wciąż notuję wszystko, co zauważę, podążając zgodnie za słowami Terry’ego Pratchetta, który stwierdził, że najlepsze pomysły kradnie się rzeczywistości, która na ogół prześciga fantazję. Jestem marzycielką i z natury chodzę z głową w chmurach, więc często zakładam życiową prozaiczność na swoje barki, żeby jej ciężar pomógł mi wrócić na ziemię. Z reguły jestem uważana za osobę towarzyską, ale mało kto dostrzega, że najswobodniej czuję się w obecności Davida Bowiego, Jamesa Barrie i Salvadora Dali. Gdy ludzie pytają mnie o sztukę, odpowiadam – to moja dobra przyjaciółka. W końcu nie raz uratowała mi życie...

Maria

“U mnie jest blisko z serca do papieru” - napisała Agnieszka Osiecka, a ja, jako jej wierna i oddana fanka, powtarzam te słowa za nią. Jestem miłośniczką słów i wszelkiego rodzaju konstelacji, które mogą z nich powstać. Studiując filmoznawstwo przekonałam się, że nie tylko sama sztuka jest czymś fascynującym, ale również - jeśli nie bardziej – nauka o niej. Spośród wszelkiego typu literatury najbardziej fascynuje mnie jej teoria, a zaraz potem filozofia i poezja. Mając trzynaście lat zapisałam w swoim pamiętniku: “wiem jedno, jestem uzależniona od pisania”. Nic w tej kwestii się nie zmieniło. Wciąż notuję wszystko, co zauważę, podążając zgodnie za słowami Terry’ego Pratchetta, który stwierdził, że najlepsze pomysły kradnie się rzeczywistości, która na ogół prześciga fantazję. Jestem marzycielką i z natury chodzę z głową w chmurach, więc często zakładam życiową prozaiczność na swoje barki, żeby jej ciężar pomógł mi wrócić na ziemię. Z reguły jestem uważana za osobę towarzyską, ale mało kto dostrzega, że najswobodniej czuję się w obecności Davida Bowiego, Jamesa Barrie i Salvadora Dali. Gdy ludzie pytają mnie o sztukę, odpowiadam – to moja dobra przyjaciółka. W końcu nie raz uratowała mi życie...

Skomentuj

Kliknij tutaj, by skomentować